Afryka cd...
Dodane przez hogben dnia Grudzień 31 2010 21:23:18
Dzień 11
Rozciekło się znowu nivo w kundlu. Normalnie już nie mam do niego siły. Przed wyjazdem wpakowałem w nie 1000 zł , wymieniłem wszystko co się dało. Spreżyny , siłowniki , regulator , gruszki - i dupa , znowu cieknie :). Ruszamy ze świtem czyli ok 8. Nie chcemy stracić nic z widoków. Od Amerzgane ziemia robi się czewona , pieknie kontrastuje z roślinnością . Kasby , płoty , zabudowania - wszystko co jest zrobione z tradysyjnych materiałów tj. gliny ze słomą - czerwone.Droga pnie się w górę i praktycznie jedziemy z jedną ręką na kierownicy , a drugą na lewarku. W prawo , w lewo i redukcja. Spięty na stałe wiatrak chłodnicy cięzko pracuje aby utrzymać silnik kundla na granicy przegrzania. Howsery z m110 pod maską fiony po prostu cieszą się widokiem. Temperatura spada do 2 oC , a góry stają się szare , surowe i majestatyczne. Przed dojazdem na Tiszkę otwiera sie piękna piekna płaska dolina na 2000 metrów. Jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy na przełęczy wśród ośnieżonych szczytów . Krótka przerwa na siku i pamiatki i zjeżdzamy na drugą stronę hamując silnikami . Seria 180tek sprowadza nas wśród pionowych skarp i osuwisk skalnych . Surowy wysoki atlas przechodzi w łagodniejsze góry pełne życia i kolorów . Zjeżdzamy w stronę Marakechu zatrzymując się na zdjęcia , targując kolorowe geody i kamienne rzeźby. Dojeżdzając do Marrakechu , decydujemy się zmienic plan. Odwykli od wielkomiejskiego jazgotu decydujemy ruszyć dzień wczesniej do Agadiru. Wpadamy na nową autostradę i 3 godziny później jesteśmy na miejscu. Agadir nie przypadl nam do gustu. Za duży , za głośny i za drogi. Zjechaliśmy 15 kilometrów do Taghazoute - raju surferów. Za 160 zl za dzien wynajeliśmy 6 osobowe mieszkanie do którego w czasie przypływu zaglądał ocean. Wieczorem remanent w alkoholowych zapasach i utylizacja superaty :)Śpimy z Olką na tarasie o scianę którego rozbija się długa atlantycka fala.

Dzień 12
 27 grudnia - suszymy sie na slońcu po kąpieli w oceanie. Jest 27 oC , ciepła woda , lekka fala i piękne slońce. Opalamy sie , moczymy w oceanie , popijamy. I tak na okrągło. Wieczorem idziemy spróbować owoców morza i podejrzeć surferów na plaży w zatoce. Myśląc o Was kupujemy wełniane zimowe czapki , w koncu juest 27 grudnia. Po drodze wrzucamy kundla do warsztatu. Za 160 zł w 2 godziny mechanicy wymieniają drugi przewód od nivo . To po prostu niemożliwe. musiałem na pustyni zawinac jakiś kamień który uszkodził przewody, bo nie wierzę że dwa dobre metalowe przewody strzeliły w tym samym miejscu dwa dni po sobie . Zalewam układ ATFem do Silesia oil. Nie mam już nic innego

Dzien 13
 Ranek staje pochmurny i duszny. Decydujemy się gonić słońce i pakujemy sie by ruszyć do Essaouiry. Na miejscu 3 godziny buszujemy wsród straganów i witryn pracowni złotniczych. W końcu każdy znajduje to czego szukał. Ostatnie zakupy robi Elwira , targując w kucki stary orygunalny berberyjski naszyjnik . W targach uczestniczą 3 osobowe zespoly z kazdej strony , temperatura rośnietak że w kocu załatwiamy sprawę 1 na 1 z synem własciciela.Naszyjnik idzie za 25% ceny wywoławczej , choć nadal za sporą kwotę. Ale z cała pewnoscia jest tego wart. Zachęceni wczesną porą , decydujemy opuścić pełną europejskich turystów Essaouirę i pojechać do Safi. Dojeżdzamy o zmierzchu i po raz pierwszy mamy problem ze znalezieniem hotelu. Nie mogąć trafic na nic sensownego , biwakujemy na klifie nad Safi i ochwili przerwy ruszamy do Oualidii. Nocujemy w Issa Blanca , pięknym hoteliku na plaży.

Dzień 14
Poranny spacer po Atlantyckich klifach Oualidii był niezapomnianym wrażeniem. 5 metrowe długie atlantyckie fale z ogłuszającym hukiem rozbijaja się klif podnosząc kilkunastometrowe pióropusze wody. W miękkiej porowatej skale drążą wneki i kanały przez które wibijaja spore gejzery z kazdym uderzeniem fali , miejscami klif przechodzi w piaskowe zatoki oferujace wytchnienie od wiatru i mozliwosć kąpieli. Jest cieplo i słonecznie. Choć musimy ruszać w droge to obiecujemy sobie wrócić tu jeszcze na prawdziwe morskie wakacje. Howser martwi się o pompe wody , więc jedziemy troszkę wolniej. W El-Jaddida wpadzy na autostradę i jedziemy przez Casablanke i Rabat do Larache. Zmeczeni długim etapem bierzemy maly holel przy wjeździe do miasta.Jutro bedziemy kończyć naszą Marokańska przygodę , szykując sie do sylwestra w cieniu skały Gibraltarskiej.